Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 12 listopada 2012

wrażenia po turnusie-czas ochłonąć

Turnus "Pierwsze Słowo" jest skierowany na naukę mowy metodą krakowską. Wersja zmodyfikowana, aczkolwiek skuteczna:)
Zajęcia odbywały się bardzo intensywnie. Dla ciekawych podam przykładowy rozkład dnia:
7.30-8.20 zajęcia z fizjoterapeutą, masaże twarzy itp
9.10-10.00 zajęcia metodą torowania głosek z logopedką
10.00-10.50 zajęcia metodą krakowską tj. wszystkie możliwe ćwiczenia pobudzające lewą półkulę mózgu
11.40-12.30 zajęcia metodą krakowską
12.30-13.00 obiad
13.00-13.50 zajęcia z fizjoterapeutą, masaże twarzy itp
13.50-14.40 zajęcia z arteterapii lub dogoterapia lub słuchanie płyt prof. Cieszyńskiej
15.30-15.55 zajęcia z arteterapii lub dogoterapia
18.05 basen, W.Sherborne, zajęcia relaksacyjne

Wrażenia z pierwszego dnia?
Strach co to będzie. Z pokoju dobiegał płacz, krzyk dzieci itp. Ale z czasem zrozumiałam, że niektóre dzieci po prostu robią wszystko by nie uczyć się i stymulują. Zwykle w trzecim dniu dzieci pracują już według trybu terapeutów.
No i okazało się, że Dawid jest wyjątkiem od reguły.
Dzień czwarty a Dawid dalej pokazywał, że nie pozwoli sobie na to czy owo. Trudny przypadek:)
Zamiast wywoływania głosek typową metodą krakowską do Dawidka trzeba było całkowicie zmienić podejście i okazało się, że Dawid potrafi powiedzieć parę słów. Oczywiście nie pokazał wszystkiego co potrafi.
Przykładowo pan Szymon-fizjoterapeuta do znudzenia przez całe zajęcie próbował wywołać u Dawidka wyraz "myje"- bezskutecznie.
Dawid pokazał całemu światu, że jest uparty jak osioł. Więc pan Szymon podszedł go z innej strony. I zaczęła się seria masaży twarzy rozluźniających narządy mowy.
Na zajęciach zwykle siedziałam z Dawidkiem ale z czasem Dawid przyzwyczaił się i nie musiałam być z nim na arteterapii i ćwiczeniach stymulujących lewą półkulę.

Turnus oprócz zalet miał też wady.
Dom, w którym mieszkaliśmy miał 3 wejścia. W części a i b mieszkały bo trzy mamy z dzieckiem a w części c były zajęcia. Każda część miała osobne drzwi wyjściowe. Nie było przejścia wewnętrznego tylko za każdym razem trzeba było się ubrać by przejść do części c. Czasami po 6 razy trzeba było się ubrać i malucha by wyjść i przejść do części c po czym po zajęciach wracało się do swojej części by znów za np.30-40 minut wrócić na kolejne zajęcia. Zimą takie przechodzenie jest  dość uciążliwe.
Druga wada to fakt, że najbliższy sklep to 20 minut piechotą. I jest to jedyny sklep w okolicy.
Kościoła i apteki brak. Jedynie można zamówić taksówkę by zajechać do najbliższego miasta a to koszt ok.30 zł w jedną stronę.
Jak dziecko ma alergię to niestety trzeba zabrać ze sobą wszystko co niezbędne bo obiady to catering.

Ale zaletą jest jest to, że dziecko prędzej czy później zaczyna mówić i robi to coraz chętniej.
Dawidkowi pomogły masaże logopedyczne i jestem za nie bardzo wdzięczna panu Szymonowi i pani Agnieszce. Pani Asi dziękuję za trenowanie zdań trzywyrazowych i sylabowanie trudniejszych wyrazów. Dawidek zaczyna sam składać wyrazy. Pani Aneta pomogła Dawidkowi rozpoznawać literki i Dawidek chętnie teraz to robi w domu a pani Danusia rozbudziła w nim miłość do malowania i innych prac ręcznych co widać na zajęciach z arteterapii.
 Na pewno jeszcze pojadę na turnus do Czarnego Lasu, bo mimo jego buntu efekty powoli zaczynam sama zauważać.

sobota, 10 listopada 2012

po turnusie i co dalej

Wróciłam z Dawidkiem z turnusu.
Z czterech walizek zrobiły nam się dwie. Jedna na kółkach i jeden olbrzymi plecak. Chciałam zrobić wszystkim niespodziankę (potem musiałam wszystkim powiezieć że sama wracam bo wszyscy chcieli po nas przyjeżdżać) i kupiłam bilety na IC w klasie drugiej. Wyjechaliśmy o 14.18 PKS-em spod naszego domku. Potem czekaliśmy godzinę na peronie na pociąg z Grodziska Mazowieckiego do Warszawy Zachodniej. Na peronie- bo Dawid strasznie płakał w poczekalni. Gdy już doczekaliśmy się na pociąg i wsiedliśmy do niego Dawidek był wniebowzięty. Mógł oglądać cały przedział, by na końcu usnąć- tuż przed naszym przystankiem. Wzięłam plecak na plecy, torbę do jednej ręki i Dawidka do drugiej i wygramoliłam się z pociągu. W Warszawie nie bałam się, że się zgubimy i pomylimy perony gdyż wracaliśmy 31.10 i wszędzie chodzili informatorzy, którzy pomagali podróżnym. I znowu czekanie godzinę na peronie. Międzyczasie jechał inny pociąg, którym na szczęście nie zdecydowałam się jechać i całe szczęście bo był przepełniony. Gdy już dochodziła godzina, kiedy nasz pociąg miał przyjechać, podchodziłam do informatorów kilka razy by spytać czy aby wszystko się zgadza. No i pech, bo pociąg się miał spóźnić i jak się później okazało jakieś 20 minut. Gdy nareszcie dotarł wsiadłam do pociągu. Jedną walizkę wniósł mi młody wojskowy i utknęłam między przedziałami:) Pociąg ruszył. Ja z plecakiem na plecach, torbą w jednej ręce i Dawidkiem w drugiej nie umiałam się ruszyć. Odszukałam bilet. Okazało się, ze miałam rezerwację w wagonie 15 a byłam w 7. Przejście było tak wąskie, że musiałam czekać na zbawienie. I zbawienie przyszło w postaci konduktora. Szybko błagalnym głosem wypaplałam, że muszę sie dostać do innego przedziału, że jadę z dzieckiem niepełnosprawnym i czy pomoże. Konduktor popatrzył na mnie, na walizki i Dawidka, po czy zadzwonił do kierownika. I tak dzięki Dawidkowi dostaliśmy się do wagonu klasy pierwszej, do przedziału, który był zamykanym 6-osobowym z wtyczkami na kable od laptopów i klimatyzacją, bez żadnych opłat. Później pytali, czy mogą dojść do nas dwie osoby ale Dawid zaczął krzyczeć i pani konduktorka dała spokój. Przy wysiadaniu inni pasażerowie i konduktorka pomogła mi uporać się z Dawidkiem i bagażami.No i na zakończenie dodam, że czekał na nas mój mąż. Pierwszy raz się nie spóźnił:)